Jestem “Żoliborzanką”

Zofia Merle - aktorkaZ Panią Zofią Merle, słynną aktorką filmową i teatralną, mieszkającą na Żoliborzu, pracującą przez wiele lat w teatrze Komedia rozmawia Bartłomiej Sasin.

Bartłomiej Sasin: Pierwsze pytanie dotyczy Pani relacji z Żoliborzem. Jak to się stało że jest Pani związana z naszą dzielnicą? Jakie uczucia żywi Pani do Żoliborza?

Zofia Merle: Proszę Pana, mieszkam na Żoliborzu od 1970 roku, to znaczy 39 lat. Mieszkam tu dlatego, że w tamtych czasach nie można było sprowadzić się gdzie człowiek chciał. W naszej dzielnicy znalazłam się poprzez zamianę mieszkań, miałam jakieś 2 czy 3 mieszkania do wyboru. Zdecydowałam się na Żoliborz z najprostszego powodu – pracowałam wtedy w teatrze Komedia i było mi bardzo na rękę, żeby do miejsca pracy przechodzić przez jezdnię.
Teraz uczucia i myśli… nadzwyczajne, między innymi dlatego, że po roku właśnie w tym mieszkaniu na Żoliborzu, w tej dzielnicy urodził się mój syn, który jest już można powiedzieć – bardzo dojrzałym facetem, ale nawet on nie jest w stanie dopuścić takiej myśli, że mógłby mieszkać w innej dzielnicy. Ja jednak jestem dzieckiem Śródmieścia, ja się urodziłam na Wilczej i całe życie właściwie mieszkałam w Śródmieściu, może z małymi wyjątkami. Żoliborz zawsze mi się podobał, przede wszystkim z powodu słynnej żoliborskiej zieleni.

Zdarzały się jednak momenty niechęci, na przykład podczas budowy metra, gdy do domu musiałam jeździć na około, gdy w całej okolicy słychać było łomot pracujących maszyn… Ale ta niechęć to może jest złe słowo, ponieważ wiedziałam, że to co się dzieje w niedługim czasie przyniesie wiele korzyści. Powiem Panu tak, że jajuż przez te 39 lat przywykłam do tej dzielnicy, jestem taką Żoliborzanką, że nigdy się stąd nie wyniosę.

Co się Pani najbardziej podoba w naszej dzielnicy? Już Pani wspomniała o słynnej Żoliborskiej zieleni…

Tak, mnie się wszystko podoba, ale właściwie jestem osobą, jak sama o sobie mówię bez cienia kokieterii, prymitywną. To znaczy: cieszę się życiem, cieszę się ze wszystkiego, wszystko mi się podoba i jedyną rzeczą której nie znoszę jest chamstwo i brutalność, ale w naszej dzielnicy jest to w miarę do zniesienia.

A czy mogłaby Pani wymienić jakież ulubione miejsce na Żoliborzu?

No wie Pan, ja mam tak mało czasu na wszystko i ponieważ mieszkam blisko placu Lelewela, to chyba to będzie moje ulubione miejsce. Chociaż… może nie tyle ulubione co najbliższe i najwygodniejsze. Ja się tu po prostu dobrze czuję. Były takie czasy, o których Pan niewiele wie, że każdy mieszkał tam gdzie musiał. Teraz zaś są takie czasy, że właściwie człowiek mógłby się gdzieś wynieść, ale mnie to do głowy nie przychodzi. Tu się urodził mój synek, gdzieś tam niedaleko Teatru Komedia znajduje się jego przedszkole, przechodząc przez ulicę Filarecką przypominam sobie jak chodził do szkoły. Poza tym byłam związana z Żoliborskim teatrem. Także jak człowiek chodzi tymi uliczkami to wszędzie znajduje pełno wspomnień.

A czy może jest jednak coś co się Pani nie podoba?

Nie podoba mi się, że nie ma kina Tęcza! Uwielbiałam to kino. Tam były zawsze najlepsze filmy i to takie, na które nie miałam czasu, by wybrać się do miasta, do kina. A do Tęczy przyprowadzano ten film „do mnie”. I tylko przechodziłam przez ulicę i byłam w kinie – kameralnym, małym, uroczym i bardzo mi tego kina brakuje.

Bardzo dziękuję za udzielenie mi wywiadu i poświęcenie Pani cennego czasu.

Artykuł dzięki uprzejmości: “Stowarzyszeniu Młodzi dla Żoliborza”